logohops.jogger.pl


Kurt Vonnegut - Trzęsienie Czasu

08 grudnia 2009, 13:28:51 | Kategorie: Książki | Recenzje |
Z książkami Kurta Vonneguta spotkałem się po raz pierwszy podczas studiów magisterskich, gdzie na Historię Literatury Amerykańskiej przeczytać musiałem "Kocią Kołyskę". Nowelka, a raczej powiastka filozoficzna, trafiła idealnie w mój gust literacki, sprytnie łącząc ze sobą tematykę społeczną z tematyką science-fiction. Zaraz potem rzuciłem się na "Rzeźnię nr 5", uważaną przez wielu czytelników za najlepszą książkę autora. Przeczytałem ją właściwie w kilka godzin, ale na kolana przed nią nie padlem. Następne w kolejce ustawiły się "Syreny z Tytana" i chociaż książki nie przeczytałem za jednym podejściem, podobała mi się bardziej niż tak chwalona "Rzeźnia...". Po zakończeniu lektury, nabrałem ochoty na kolejnego Vonneguta i przypadkiem zobaczyłem, że jeden z użytkowników podaj.net udostępnia "Trzęsienie Czasu". Czym prędzej więc książkę pobrałem i kilka dni potem znalazłem w swojej skrzynce.

Nie licząc zbiorów opowiadań, jest to ostatnia książka zmarłego 2,5 roku temu autora. I, ze smutkiem stwierdzam, że z dotychczas przeze mnie przeczytanych - zdecydowanie najgorsza. Sam pomysł na osadzenie akcji książki w tytułowym "trzęsieniu czasu " (czyli powtórce z ostatnich dziesięciu lat życia każdego mieszkańca naszej planety) jak zwykle u autora niebanalny i dający po raz kolejny pretekst do analizowania aspektu wolnej woli czy, jak kto woli, determinizmu. Jednak "Trzęsienie..." jest mieszaniną literackiej fikcji z niemała domieszką wątków autobiograficznych , skrzętnie zakamuflowanych rozterkami Pstrąga Zabijuchy (alter ego Vonneguta, aczkolwiek w poprzednich dziełach autora, postać ta wzorowana była na Theodorze Sturgeonie, koledze pisarza). I gdyby te domieszki były zaprezentowane w jakiś sensowny sposób, fragmentaryczne swoją drogą rozdziały dałyby się jakoś czytać. Ale bełkot jaki miejscami wyziera z ich kart jest po prostu nie do zniesienia.

Poprzednie trzy przeczytane przeze mnie dzieła Kurta Juniora, miały to do siebie, że pomimo specyficznego stylu były dość zrozumiałe. Aczkolwiek w przypadku "Trzęsienia...", pomimo moich usilnych starań, niewiele z tego wszystkiego zrozumiałem. Vonnegut plącze się, zmienia temat, skacze to kilka lat do przodu, to kilka lat do tyłu, robi te swoje pauzy i inne eksperymenty z formą znane z poprzednich książek, lecz serwowane w nich w nienarzucający się sposób. W swoim ostatnim "dziele" jednak, autor poszedł na całość, dorzucił do pieca i pojechał po bandzie, czyniąc jej lekturę prawdziwą drogą krzyżową w 63 stacjach. Można by przypuszczać, że taka ilość rozdziałów sprzyja szybkiemu czytaniu. I na przypuszczeniach niestety się kończy, gdyż w trakcie lektury tego potworka, udało mi się przeczytać jeszcze dwie inne książki. Tym razem już innego twórcy.

Na okładce książki wydanej przez Amber w 1997 roku (czyli nie tej, którą posiadałem ja, a która widać na zdjęciach w tym wpisie) napisano:
Kurt Vonnegut nazywa "Trzęsienie czasu" "autobiografią ostatniej powieści". Oryginalna forma splata fikcję literacką ze wspomnieniami pisarza. Występując jako bohater i kronikarz wydarzeń końca naszego tysiąclecia, Vonnegut podsumowuje siedemdziesiąt cztery lata swego życia i stara się określić jego sens.
I może zabrzmi to z mojej strony obcesowo, ale uważam, że podsumowując w taki sposób swoje życie (nawiasem mówiąc, na 10 lat przed jego zakończeniem), Vonnegut chciał nam chyba pokazać, że jego życie tego sensu nie posiadało. Chociaż znając stosunek autora do siebie, swoich utworów i swoich czytelników, ten wcale by się za takie stwierdzenie nie obraził.

Czy zatem warto sięgać po "Trzęsienie Czasu"? Oddani czytelnicy na pewno znajdą w książce coś dla siebie i uznają mnie za imbecyla. Tym, którzy jeszcze nie zetknęli się z twórczością Vonneguta, polecam wymienione we wstępie trzy inne książki, a wieńczące przygodę autora z literaturą "dzieło" radzę omijać z daleka. Nie ma co niepotrzebnie się do tego, bądź co bądź, wybitnego pisarza zrażać.

PS: Jedyny pozytywny aspekt fizycznego kontaktu z książką był ten, że dostałem ją z podaj.net za darmo, a opyliłem jakiemuś nieszczęsnemu biedakowi za 10 zł. Wyrzutów sumienia nie stwierdzono. :)

Ocena: