logohops.jogger.pl


Czy gdyby Netflix był w Polsce, nie byłoby piractwa?

28 maja 2011, 17:00:29 | Kategorie: Film | Komputery i Internet |
Netflix logo

Od kilku dni jestem szczęśliwym użytkownikiem serwisu Netflix, w założeniu dostępnym tylko dla mieszkańców Stanów Zjednoczonych i Kanady, ale z pomocą VPN i e-karty mBanku wpuszczającym także mieszkańców innych państw. Dla niewtajemniczonych - Netflix to największy na świecie serwis oferujący strumieniową transmisję wideo (dla obywateli USA także płyty DVD przesyłane pocztą tradycyjną), mający w swojej bazie grubo ponad 100 tysięcy tytułów, udostępniający je za... 8 dolarów miesięcznie (według dzisiejszego kursu NBP, będzie to jakieś 22 złote i 37 groszy miesięcznie). Tak, tak, to nie pomyłka.

Podczas gdy rodzimy onet za 30zł oferuje starocie i pozostawiające wiele do życzenia "seriale", gdy TVP oferuje odcinki swoich nędznych produkcji po 5zł za sztukę, albo pakiety, dzięki którym można zobaczyć od 5 do 30 odcinków, amerykański serwis za 22 złotówki oferuje niczym nie ograniczone oglądanie. Co więcej, dzięki znakomitemu algorytmowi rekomendującemu, jeszcze nie zdarzyło mi się obejrzeć tam filmu, który nie przypadłby mi do gustu. Baza produkcji pełnometrażowych (wszystkie gatunki + dokumenty) oraz seriali jest stale powiększana i gniecie na łopatki wszystko co do tej pory widziałem i o czym słyszałem. A dzięki możliwości połączenia konta w serwisie z konsolami do gier, nowoczesnymi telewizorami i kinem domowym, wszystkim tym można sterować przy pomocy pilota.

Nie ma potrzeby mało legalnego (RS) ściągania filmów, kiedy przeglądając bazę Netflixa w okamgnieniu możesz zacząć seans dowolnej dostępnej produkcji. Bez reklam, bez stresów, bardzo często w HD, a czasem (30% filmów) nawet z napisami angielskimi. A i wspierać tym samym twórców i nie zdzierać z nich na każdym kroku. Żyć nie umierać/okradać.

Jeśli ów serwis, albo jemu podobny (mam na myśli zasobność bazy) pojawiłby się kiedyś w nadwiślańskim kraju, to czy piractwo zmniejszyłoby się? Przypuszczam, że nie od razu - Polacy nie są przyzwyczajeni do płacenia za treści w Internecie. Ale wystarczyłoby, żeby posmakowali wygody korzystania z tego serwisu i niemal nieomylnego proponowania spersonalizowanych treści, a na pewno odsetek torrentowców i rapidshare'owców w Polsce by zmalał. Szczerze mówiąc, nawet mi - osobie posiadającej łącze 100mbit/sek - wygodniej jest ostatnio korzystać z opiewanego przeze mnie serwisu, niż wyszukiwać i ściągać spiracone treści, narażając się na wizytę antyterrorystów, chcących zaaresztować mój dysk twardy. Nie muszę brodzić po internecie i szukać w jego odmętach interesujących mnie pozycji (najczęściej nieobecnych na naszym rynku DVD) - odpalam Netflixa i mam to wszystko pod ręką.

Po co mi pakiety HBO za 30 zł z telewizji cyfrowej, kiedy za 2/3 tej ceny sam sobie mogę ustawić ramówkę i praktycznie nigdy nie chybić? Po co mi inne telewizje filmowe, jeśli najlepsze i najciekawsze produkcje często pojawiają się na Netflixie szybciej, niż w polskich kinach, o kanałach premium nie wspominając? Nie mam już ochoty piracić. Wygodniej jest mi płacić. I tym rymowanym akcentem zachęcam do założenia konta w serwisie. Pierwszy miesiąc za darmo - bez ryzyka, samemu można się przekonać, że gra jest warta świeczki. Ale ostrzegam, to uzależnia.

Otwarcie sezonu żeglarskiego 2011 w Gdańsku

21 maja 2011, 21:13:01 | Kategorie: Foto | Ogólne |
Otwarcie sezonu żeglarskiego 2011 w Gdańsku

Jak co roku, od 3 lat w miesiącu maju, w Gdańsku odbyła się uroczysta parada okrętów, żaglówek, stateczków, łódek i tratew zrobionych ze starych kajaków. Wszystko po to, by otworzyć kolejny już sezon żeglarski. Impreza jak najbardziej potrzebna, w miarę widowiskowa, ale przydałaby się lepsza organizacja i większa pompa. I nie chodzi tu o pompę strażacką, strzelającą w powietrze fontannami wody.

Impreza byłaby bliska ideałowi, gdyby zamiast nieustannie płynącego z pierdzącego głośniczka głosu Pana Prowadzącego, puszczono najzwyklejsze w świecie szanty. Niestety - w ciągu blisko godziny strzelania poniższych zdjęć, o muzyce morskiej zgromadzeni miejscowi i turyści mogli tylko pomarzyć. Jedynym, przypominającym muzykę dźwiękiem, były dwie trąbki, na dwóch różnych żaglówkach - grające zresztą przez 3 sekundy.

Zdjęcia załączone poniżej zrobiono zwykłą komórką, przez totalnego laika, który dorwał w łapki program do wspomagania wizualnego zdjęć. Camera 360 się nazywa. Na Androida. Muszę przyznać, że jestem dość z niego zadowolony.



Spowiedź byłego użytkownika Opery

06 maja 2011, 23:24:12 | Kategorie: Komputery i Internet |
Opera logo

Byłem wiernym użytkownikiem Opery przez wiele lat. Przez wiele lat wystarczały mi funkcje, które przeglądarka dostarczała w pakiecie. Nigdy nie narzekałem, na brak rozszerzeń, a wszystkie potrzebne mi funkcjonalności potrafiłem własnoręcznie wprowadzić. Co więcej, znajdowałem nieludzką przyjemność i ogromną frajdę grzebiąc w bebechach norweskiej przeglądarki w wolnym czasie, dla jego zabicia. Byłem gorącym orędownikiem używania Opery - zaraziłem nią rodziców, innych członków rodziny oraz wielu znajomych. Ale sam w pewnym momencie przestałem jej używać.

Wszystko zaczęło się, gdy światło dzienne ujrzała pierwsza stabilna wersja Google Chrome. Przeglądarka co prawda w pierwszej chwili uboższa od skandynawskiego produktu, ale zdecydowanie lepiej gospodarująca miejscem na ekranie, zdecydowanie lepiej radząca sobie ze stronami we flashu (tak, lubię wodotryski i gry przeglądarkowe) i zdecydowanie łatwiej tłamsząca reklamy po udostępnieniu systemu dodatków w postaci AdThwarta (obecny AdBlock Plus). No i właśnie używając Chrome'a po raz pierwszy zetknąłem się z dodatkiem LastPass, bez którego obecnie nie wyobrażam sobie życia. Zacząłem używać googlowej przeglądarki coraz częściej, a w pewnym momencie zupełnie się na nią przerzuciłem, uzależniając się od wspomnianego managera haseł. Ale obiecałem sobie, że jak tylko LastPass zadebiutuje w Operze natychmiast do niej powrócę. Wtedy jeszcze nie wiedziałem, że w niedługim czasie zmienię pracę i moim chlebem powszednim stanie się pisanie tekstów i wertowanie internetu.

Jak można się było tego spodziewać, Opera ASA uległa w końcu presji użytkowników i wprowadziła do swojego flagowego biurkowego produktu system rozszerzeń. Niżej podpisany z radością przyjął ten fakt i postanowił wrócić do córy marnotrawnej, dodatkowo zmotywowany faktem, że LastPass zapowiedziało odpowiednią wersję swojego managera współpracującą z Operą. Cała historia miałaby więc szczęśliwe zakończenie, gdyby nie wspomniany fakt zmiany pracy.

Na nowym stanowisku z radością przywitano mnie wiadomością, że najlepiej jest korzystać z oprogramowania Mozilli, gdyż najlepiej sprawdza się w pracy. Początkowo nie chcąc nawet słyszeć o powrocie to wstrętnego i znienawidzonego przez siebie Firefoxa, postanowiłem wciąż użytkować Chrome'a na zmianę z Operą. Ale szybko okazało się, że funkcję wspomnianej dwójki nie wystarczają do odpowiednio wydajnej pracy i musiałem zgrzeszyć sięgając po pandę małą. I stało się. Uzależniłem się od czwartej wersji przeglądarki, która zaskoczyła mnie szybkością działania i możliwością personalizacji dodatkami nieco bardziej zaawansowanymi, a przede wszystkim - poprawiającymi produktywność.

Jednak moje uzależnienie sprowadza się tylko do stanowiska pracy, gdyż w domu wciąż sięgam po... Chrome'a. Nie wiem co się stało. Opera, mimo mojej ogromnej sympatii, pomimo faktu, że nieustannie śledzę rozwój tej przeglądarki, pomimo wewnętrznego i zewnętrznego uroku (przewyższającego dwóch najgroźniejszych konkurentów) zeszła na dalszy plan. I jakoś nie mam w tej chwili ochoty do niej wracać. Pomimo faktu, że przynajmniej w domu mógłbym ciągle z niej korzystać. Coś mi się w norweskiej przeglądarce przestało podobać. A przynajmniej w jej desktopowej wersji, bo na komórce ciągle i niepodzielnie rządzi Mini.

Co może mnie przekonać do powrotu na stare, dobre, sygnowane czerwonym, zaokrąglonym logiem śmieci? Nie mam pomysłu. I, prawdę mówiąc, trochę mi z tym źle. Bo, jakkolwiek to zabrzmi, tęsknie do Opery. Jak do starych dobrych znajomych, których od dawna nie widziałem, a do których często nie mam odwagi zadzwonić.

"Celebryta", czyli najbardziej irytujące słowo naszych czasów

02 maja 2011, 21:10:02 | Kategorie: Ogólne |
Celebrity tak, ale nie celebryta

Celowo nie zatytułowałem tego wpisu "najbardziej irytujące słowo w języku polskim", gdyż mimo jego ciągłego użycia, wszędobylstwa już nie tylko w mediach, ale i życiu codziennym, nie uznaję go za słowo polskie. Zresztą nie tylko ja - słownik PWN na ten temat milczy, słownik języków obcych również. Zresztą, nawet jeśli słowo-którego-brzmienie-mnie-przeraża znalazłoby się w spisie wyrazów dozwolonych, wciąż będę patrzeć na nie z obrzydzeniem, wstrętem i językową zgagą. Powód jest prosty - nasza mowa ojczysta i bez tego jest stanowczo zbyt zniekształcana, a językowe kalki to nic innego jak tylko gwóźdź do przysłowiowej trumny języka naszego najświętszego.

Zresztą "celebryta", to nie jedyna nachalna kalka z angielskiego, ale mnie osobiście dobijająca równie mocno co "brifing" czy "kaming-ałt". Skoro dało się ze "skyscrapera" zrobić "drapacz chmur" (też kalka, ale to nie to samo co spolszczenie angielskiego wyrazu), to dlaczego zamiast nieszczęsnego "brifingu" telewizyjne mordy nie użyją "odprawy" (skoro już chcą mówić o ekonomii językowej, skracając i tak "krótką konferencję prasową"), czy miast "kaming-ałtu" zwyczajnego "ujawnienia" (albo wcześniej używanego "wyjścia z szafy")? I dlaczego ten cholerny "celebryta" nie mógł pozostać "gwiazdą", "sławą" czy tłumacząc dosłownie "osobistością"?

Dzisiejszego dnia w pracy wywiązała się podobna dyskusja. Starając się pozostać purystą językowym (nie twierdzę, że jestem nim w 100%, każdy popełnia błędy) z humorem oświadczyłem, że tego słowa używać nie mam zamiaru, a i korekty tekstów, w którym ten wyraz znajdę nie podejmę się. Za bardzo rani moje i tak schorowane oczy. Usłyszałem w odpowiedzi, że język się zmienia i że będę musiał się do tego przystosować. Ale to tak, jakby ktoś kazał mi mówić "zeszłem", "poszłem" i "wyszłem", bo przecież język się zmienia i wiele osób mówi tak nieustannie. Ja jednak nie mam zamiaru poddać się tej ignoranckiej dyktaturze.

Żeby nie było - nie jestem przeciwny słowom obcojęzycznym, o ile mają one swoje uzasadnienie. To znaczy, o ile wyraz ten jest nazwą zjawiska/rzeczy/czynności, której wcześniej w naszym kraju nie uświadczyliśmy i której nazwa zostaje uniwersalnie przyjęta. Dlatego "podcastom" mówię tak. Dlatego nie razi mnie "komputer" albo "windsurfing". Ale potworek jakim jest "celebryta" jest nie do zaakceptowania. Bo buraków pląsających się po ekranach telewizorów mieliśmy już na długo przed ofensywą zwolenników używania tego paskudnego, noszącego wszelkie znamiona nowomowy mutanta.

Flaker, jego upadek i próba wskrzeszenia

01 maja 2011, 00:13:08 | Kategorie: Komputery i Internet |
Logo Flakera

W zeszłym roku miałem krótką przygodę z Flakerem - założyłem konto, dodałem kilka wpisów, chwilę podyskutowałem i zacząłem konfigurować.

Najpierw chciałem zmienić tło - wszystko ładnie i pięknie, ale kiedy wgrałem już plik z grafiką, okazało się, że oprogramowanie serwisu wymusza szerokość obrazka, przez co tło mojego profilu zamiast być jednolite okazało się być złożone z kilku takich samych obrazków. 0:1 dla Flakera. Później obejrzałem plik wideo pokazujący możliwości serwisu, w tym reklamowaną jako "killer-feature" opcję importowania tekstu/zdjęć/linków z innych serwisów. Zachęcony dodałem 2 swoje blogi i czekałem na import. Odniosłem częściowy sukces, gdyż część wpisów została zaimportowana, a część zgubiła się gdzieś po drodze. "OK" - pomyślałem, może coś źle robię. Ale kiedy na bloga dodałem wpis nowy, również nie został zaimportowany. W przypływie frustracji, konto z flakera usunąłem. Nie dlatego, że chciałem spamować tam moimi internetowymi wojażami, ale dlatego, że zostałem oszukany przez reklamę. A tego nie lubię. Bardzo.

Minął rok. Coś mnie tknęło, by założyć konto na Flakerze jeszcze raz. A było to przedwczoraj. Scenariusz jednak podobny, zupełnie jak przed rokiem. Społeczność sympatycznie mnie przywitała (a społeczność to najsilniejsza strona tego serwisu, chociaż w tej chwili licząca pewnie ze 200 osób), zaimportowało się kilka wpisów, sam dodałem jeszcze jednego, a potem wrzuciłem coś na swojego innego bloga. I znowu brak importu. Nie zrażony niepowodzeniem, postanowiłem zmienić tło - ten sam problem. Później chciałem dodać obsługę dodawania wpisów przez komunikator - zarówno jabber jak i gg nie działa. Zaniepokojony zadałem pytanie społeczności i zostałem dość grzecznie, ale z rozbawianiem poinformowany, że tak to już na Flakerze jest. A ja zacząłem się zastanawiać, jak to się dzieje, że ten serwis jeszcze istnieje.

To co wyróżniało Flakera na tle innych serwisów - nie działa. To czym jest/był reklamowany - szwankuje. Miast dawać satysfakcję z przebywania w społeczności - irytuje. Jedyna rzecz, którą daje Flaker, a która odróżnia go od bardziej popularnego, ale mniej sympatycznego Blipa, to limit 1000 znaków na wpis. A poza tym? Użytkownicy, flakerowicze. Ale i oni zapewne nie będą mieli anielskiej cierpliwości. Bo już teraz, z tego co udało mi się zauważyć, niektórzy zatroskani o społeczność Flakera użytkownicy postanowili wziąć sprawy w swoje ręce i stworzyć otwartoźródłowy klon serwisu.

Co będzie, jeśli im się uda? Czy zdążą przed upadkiem i zamknięciem Flakera (choć nie ma tego w planach, mam wrażenie, że może to nastąpić prędzej niż później)? Na ile wystarczy im sił i wytrwałości? A na ile cierpliwości? Na jakiej zasadzie klon będzie się utrzymywać? Odpowiedzi trzeba będzie znaleźć już teraz. Ja ze swojej strony, chociaż stażem flakerowiczom nie dorównuję, wiernie kibicuje przetrwaniu ich społeczności.

Jednak staram się też znaleźć oferujący podobne możliwości (oczywiście, te reklamowane, a nie te działające) serwis. Mam jakieś szanse?
Wcześniejsze wpisy